Plany,  Work,  WorkLife,  Zarobek

Jak znienawidzić swoją pracę?

Jest godzina 23:00, a ja słucham parentingowych vlogów, patrzę tępo w mój biznesowy kalendarz i udaję, że nie czuję palącego bólu nadgarstka, który rozchodzi się po całym ciele – takim wstrętem. Zmęczeniem i dodatkowo niemożnością zaśnięcia. Bo moją głowę zaśmieca setka innych rzeczy, o których muszę pamiętać.

Potem idę spać, z tęsknotą zmieszaną z nerwicą patrzę tylko na to, jak mało mam czasu na marketingowe działania firmy, przygotowanie strony Art.C i w ogóle jaka wielka jest dupa z tym wszystkim. W tem sposób nienawidzę swojej roboty.

Jak szybko można się przepracować?

Wyobraź sobie, że na tej nienawiści się nie kończy. Zakładasz w końcu firmę, ale zapominasz, że polskie prawo jest pokręcone i że nie wystartujesz z wystawianiem faktur od poniedziałku. Co z tego, że rejestracja firmy w CEIDG i otrzymanie numeru NIP zajmuje kilka godzin. Nie zapomnij jeszcze o zarejestrowaniu się jako czynny płatnik VAT, nie zapomnij o ZUSie i uldze na start (ZZA, pozdrawiam wiedzących), a broń borze szumiący nie omiń tematu konta bankowego — zwłaszcza jak jesteś w środku miesiąca i w środku zleceń. 

Pamiętaj również, że prócz pracy masz właśnie swoich klientów, swoje życie uczuciowe, blogi, książki i… studia. No tak, bo jeszcze studiujesz, dziennie, ale nie przeraża cię to w ogóle. Mnie też nie przerażało do momentu, w którym naprawdę zaczęłam się gubić. A było to wczoraj. 

I teoretycznie brzmi to strasznie. Faktycznie, chociaż w większości radzę sobie idealnie w takich sytuacjach, ostatnie kilka dni dało mi porządnie w kość. Musiałam się wypłakać, bo mętlik informacyjny (wiecie, że zbyt dużo informacji robi przeciążenie, które jest jednostką chorobową, jak grypa na przykład? Tak, tego mnie uczą na studiach) nie dawał mi żyć. W głowie mam milion planów, ale jednocześnie milion strachów, z którymi muszę sobie poradzić. I chociaż nie wiem, czy założenie firmy w wieku 22 lat jest dobrym pomysłem, wiem, że właśnie spełniłam swoje marzenie. 

I to mi pozwala uśmiechać się oraz – co najważniejsze – ODPOCZĄĆ.

Jeżeli nie będziesz odpoczywać….

Kilka miesięcy temu korekciłam poradnik jednej z moich stałych klientek. Poradnik ciekawy – bo o tym, jak rozwinąć biznes beauty. Strasznie miło pracowało mi się przy tym projekcie. Dodatkowo mogłam zapoznać się z krokami, które należy podjąć, zakładając swój biznes. Jasne, chciałam tego od zawsze. Ale po dotarciu do jednego rozdziału o przymusowym odpoczynku po skokach adrenaliny zwanych zakładaniem firmy, często się uśmiechałam. Myślałam sobie, że to mniej poważny fragment, 
przypomnienie dla co niektórych ludzi – ale nie dla mnie, bo przecież ja jestem niezniszczalna i nieśmiertelna.

Gówno prawda. Tak literalnie. Odpoczynek to najważniejszy rozdział poradnika mojej klientki i jednocześnie całego, biznesowego życia. Dlatego chociaż zapowiedziałam, że przez cały weekend będę siedzieć nad pracą, tak naprawdę dzisiaj około siedemnastej powiedziałam sobie: nie piernicz, dziewczyno. Nie wiem jak ty, ale ja wolę sobie jeszcze trochę pożyć. 

Jeżeli nie będziesz odpoczywać, to, co robisz ze swoim biznesem, zacznie ci ciążyć. Praca, zlecenia, klienci zaczną być obowiązkiem, a nie przyjemnością. I wszystko cholera strzeli. Serio. A potem zacznie wysiadać ci ciało. Jak mnie w czwartek i piątek, kiedy musiałam zrobić przymusowe zwolnienie i usztywnić nadgarstek, by na chwilę przestał tak bardzo boleć.

Jak ja to przeżyję?!

Więc dałam sobie odpocząć. Dałam z trudem, bo wiem, jak wiele rzeczy nie jest zrealizowanych. Moja wewnętrzna Biznes (tak, to coś takiego, jak Bogini u Anastasi Steel z Greya) nienawidzi nie kończyć zleceń jednego dnia, nie znosi rozkładać pracy, ale – będzie musiała się tego nauczyć. Zwłaszcza teraz, kiedy pojawia się coraz więcej zleceń i mam pomoc, której w życiu bym się nie spodziewała. 

I to jest właśnie klucz. Pomoc w biznesie, nawet jednoosobowym. U mnie takim człowiekiem jest mój nowy towarzysz życia. Bez niego pewnie rzuciłabym zakładanie firmy w połowie, dając się zasypać problemami, które po części sama sobie zrobiłam. Ot, ciekawostka. W ten sposób – mając tę pomoc, której tak nie doceniałam jeszcze przed tygodniem, nawet mentalną – mogę dalej realizować założenia od poniedziałku. W końcu ja taka trochę Zosia Samosia, która się przeliczyła. A dzisiaj? Nadal odpoczywam. Leniwie zerkam na plan zadań, który przed chwilą ułożyłam. Ale nie piszę. Myślę, uśmiecham się, czytam książkę.

A skoro o Tomku Węckim już mowa (no nie mówcie, że nie znacie Spisku Pisarzy?), to serdecznie was zapraszam na stronę, na której zbiera drobne na wydanie swojego Poradnika. Zabrzmię niezbyt obiektywnie, ale trudno, uwierzcie mi, jestem obiektywna – ten poradnik pisarski mieć musicie. Facet dwa lata go pisał, a nie pięć minut na kolanie jak niektórzy! Myślę, że Desmond dodatkowo was zachęci. 😉