Lifestyle,  Work

Biznesowe podsumowanie czerwiec-wrzesień 2018

To było złe. I bardzo dobre. Kilka miesięcy zmieniło mnie w kupkę emocjonalnego gruzu, ale właśnie odradzam się jak feniks z popiołów, byle tylko zapisać wszystkie moje dokonania. Od początku czerwca zmierzyłam się z sesją, a potem – z wakacyjnym planem, który sprawił, że pokochałam odpoczynek. Tej jesieni będę go praktykowała kilka razy w tygodniu.

Jestem typem człowieka, który uwielbia wpadać w pracoholizm. Biznes, co pewnie już widać, napędza mnie do działania i pozwala spełniać marzenia. Niemniej jednak w ostatnim kwartale roku chcę zwolnić i pozwolić sobie na oddech. Dlaczego? O tym będzie dosłownie zaraz. Freelancerzy wiedzą, że praca zdalna, chociaż wygodna pod wieloma względami, wiąże się z poznanie klientów, którzy… nie chcą ci płacić. Najczęściej uważają, że to oni rozdają karty, a ty możesz być tylko i wyłącznie na ich usługach. Stąd pomysł za zwolnienie tempa – bo nie jestem maszyną. 

Nie znaczy to jednak, że wakacje były złe. Wręcz przeciwnie. Po prostu wymagały ode mnie niesamowitego zorganizowania i dzielenia głowy przez szesnaście rzeczy naraz. Jak to przetrwałam? Z uśmiechem na ustach – dopiero wczoraj miałam gorszy dzień, tak zwaną jesienną chandrę. 

Wielkie nadzieje i nieudane współprace – biznes

Kiedy żyjesz swoim biznesem, zwłaszcza takim, jak copywriting, masz wrażenie, że możesz wszystko. Za tydzień minie mi rok, odkąd pierwszy raz napisałam dla klienta jakiś tekst i zakochałam się w tej robocie. Aż do czerwca poczułam, że trafiam na samym świetnych klientów, którzy nie tylko uprzejmie wskażą ewentualny błąd, ale także zapłacą w terminie i bez wymagania dodatkowych rzeczy, o których w umowie nie było słowa. W te wakacje chciałam mieć stałą pracę zdalną, która pozwoliłaby mi nie martwić się o zarobek podczas studiów, jednak… trochę się z tym przeliczyłam.

Oczywiście – moja wina. Na samym początku nie poprosiłam o umowę, a kiedy wciągnęłam się w zlecenie (planowanie marketingu + copyteksty), okazało się, że miesiąc mojej pracy nie zostanie opłacony. Dlaczego? Bo projekt – z winy klienta – jeszcze się nie skończył. Co dokładnie miałam zrobić i za co dostać pieniądze – tego dowiedziałam się dużo później, uświadamiając sobie, że dałam się zrobić w balona. Na część pieniędzy nadal czekam do dziś, ale liczę, że po weekendzie już nigdy nie będę musiała prosić się o zaległe sumy.

Ta historia, jak i kolejna, którą przytoczę, przydarzyła się po coś. Nie wierzę, że tak po prostu mogłabym przez kilka i kilkanaście lat mieć świetnych klietów, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto chce wyzyskać, chce coś ugrać dla siebie. Zrozumiałam, że umowa to świętość ostateczna, podobnie jak zadatek, faktura, dane wysłane jeszcze przed rozpoczęciem pracy i brief, dokument regulujący zakres i jakość prac.

Rok mojej pracy się kończy, a ja cieszę się, że zrozumiałam, iż niektóre współprace duże, ogromne wręcz, mogą kończyć się źle – bo ktoś po prostu zrezygnuje ze swojego pomysłu, uznając, że to ty się nie spisałaś. Tu, chociaż umowa była przeze mnie podpisana, zdarzyła się nieco inna sytuacja – zamawiająca nie podpisała nic, a ja zaczęłam działać – bo projekt przynajmniej miesięczny, a czasu jak na lekarstwo. Skończyło się na pretensjach i wypominaniu na prywatnym profilu, że nie miałam prawa do swoich projektów prywatnych, bo miałam 24/7 zajmować się jednym zleceniem. Cudnie, prawda?

Wiem, że marudzę, ale w gruncie rzeczy za kilka tygodni będę się z tego śmiała, jak tylko ureguluję płatności. Jestem teraz pewna i zmotywowana do tego, by umowy były ZAWSZE, niezależnie od tego, jak przekonywujący będzie zleceniodawca. Biznes to biznes.

Nadal to kocham, chociaż zwolnię w tym kwartale i zajmę się stricte literaturą.

Pisarstwo pełną gębą

Napisałam pierwszy raz książkę. Sama. W sumie napiałam cztery, ale trzy poprzednie popełniłam tylko i wyłącznie z partnerką, bo bez niej moja literatura rysowała mi się jako… zbyt nudna. W te wakacje napisałam, poprawiłam i wysłałam „Miętę i inne ogrody” do kilku wydawnictw. Jedno być może jest zainteresowane, ale czekam na wiadomość wow, która mnie zetnie z nóg. Mam jeszcze półtora miesiąca. 

Pisanie książki przez te kilka tygodni to świetne doświadczenie i cieszę się, że nie porzuciłam jej w połowie. Uważam tę historię za ciekawą. Chociaż pozycja w ogóle nie wchodzi w ramy „typowa kobieca proza”, zatrzymuje się w gatunku psychologicznego obyczaju o ogrodach działkowych, ziołach i starszych kobietach, które swoje w życiu przeżyły. Na pewno szybko się nie poddam i dam sobie czas na poprawki w listopadzie, jeżeli żadne z wydawnictw nie będzie zainteresowane. Pisałam po 10 tysięcy znaków dziennie – no nie ma mowy, bym teraz zostawiła książkę w szufladzie.

A skoro o literaturze mowa…

Dodatkowe projekty – Biały Kruk + Twarda Oprawa + Magnifier

W lipcu i sierpniu pojawiły się projekty, których nie przewidziałam w maju czy na początku czerwca. Ot, nagle zobaczyłam nabór, nabór i propozycje. Na wszystkie odpowiedziałam i znalazłam się w niesamowitych gronach ambitnych ludzi, których warto naśladować. Przede wszystkim – Biały Kruk. Magazyn, z którym chciałam współpracować od dawna i poniekąd to robiłam – prowadząc stałą rubrykę felietonów. Teraz robię coś więcej. Podziwiam wspaniałą organizację i mogę oceniać teksty i czytać przedpremierowo te, które pojawią się w kolejnym numerze.

Współpraca z Kingą Rak, założycielką Twardej Oprawy – jeżeli nie znacie, klikajcie w nazwę, musicie ją poznać! – polega na stałym administrowaniu grupy. Patrzę, czy grupowicze są dla siebie przyjaźni, czy dbają o regulamin i czasami wspieram kogoś merytorycznie. Lubię szperać na grupie od początku jej istnienia, dlatego z chęcią się zgłosiłam. To ogroman przyjemność, no i wyróżnienie, podobnie jak regularne pisanie dla dwumiesięcznika „Magnifier”.

Pierwszy internetowy i polski zin nieheteronormatywny dla kobiet

„Jak żona z żoną” to moja najważniejsza rzecz związana z pisaniem, zaraz za naszą wspólną książką. Zin przedstawia kilka niesamowicie ciekawych felietonów o życiu kobiet, o życiu związku lesbijskiego, o miłości, akceptacji. Okraszone świetnymi grafikami, uważam, że „Żony”, jak na totalnie amatorski, ale społeczny projekt, mają całkowitą klasę. I to z nich jestem dumna, z mojej redakcji i z nakładu pracy. Przez tydzień, tak gdzieś w kilka tygodni do premiery, chciałam to wszystko porzucić – no bo przecież za ciężko, hejt też się znalazł, ale… jesteśmy. I będziemy, już 20 stycznia.

A co wam udało się zrealizować w te wakacje? Jesteście zadowoleni z efektów czy daliście sobie odpocząć? Ta ostatnia opcja jest naprawdę dobra!