Work,  WorkLife

3 sposoby na ogarnięcie bezradności

Jeszcze dwa lata temu myślałam, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, a dorosłe życie, pełne pięknych, poukładanych obowiązków stoi przede mną otworem. Postanowiłam więc wierzyć w to, że zawsze wszystko mi się uda, a ja dodatkowo mogę zdobyć gwiazdy, które dosłownie leżą na ulicy. 

Okazało się potem, że te gwiazdy jakoś tak…  bardzo ciężkie są. Ba. Parzą i gryzą, kiedy chcesz je podnieść, bo przecież one nadal wolą pozostać na ziemi. Nie wzrusza ich to, że walczyłaś o nie przez kilka tygodni. Po prostu leżą plackiem i wzdychają do księżyca. 

Te gwiazdy to wszystkie plany, pisane wersalikami, a także marzenia. Kiedy docierasz do niektórych z nich, umazana własną krwią i potem, z chorym błyskiem w oku, okazuje się, że twoje wyobrażenia o tym marzeniu są zupełnie inne. One nie chcą się do ciebie tulić. Wolą od ciebie uciekać, bo… zupełnie do siebie nie pasujecie. 

Dlatego czasem nie daję sobie rady

Przez rok zrobiłam więcej niż chciałam. Planowałam, w październiku 2017stego, że zostanę tylko i wyłącznie przy copywritingu. Jeżeli mi się poszczęści i może zbiorę te 200, 300 zł miesięcznie za moje teksty, to zrobię dla kogoś coś dobrego. Nie sądziłam, że po miesiącu, po dwóch wkręcę się w ten biznes na dobre, a on będzie moim głównym źródłem zarobku, jeszcze na studiach. 

Każdego tygodnia łowiłam zlecenia. Jestem w tym dobra, włączyłam sobie powiadomienia z grupy copywriterskiej, by być na bieżąco z każdym nowym ogłoszeniem. Są dni, kiedy w ogóle ich nie ma – są tygodnie, w ciągu których na grupę wpada ponad 30 zgłoszeń. Nie jestem w stanie ich wszystkich wyłapać, ale najczęściej odpowiadam jako pierwsza. A raczej odpowiadałam – teraz pracuję ze stałymi zleceniodawcami i tymi z polecenia. Nie oznacza to jednak, że nie rzucam się na głęboką wodę. Uzalezniłam się od tego. To jak przechodzenie co kilka dni spotkania rekrutacyjnego, tyle że w formie zdalnej i najczęściej po wymianie trzech, czterech maili. 

Jednak w pewnym momencie miałam tego dość. Ogromna ilość zleceń i – stety – ogromna ilość moich własnych projektów. Mówią, że nie da się pisać więcej niż jednej książki naraz. Fakt. Nie da się odpoczywać między rokiem akademickim, pisząc powieść, składając magazyn, pracując oraz zajmując się projektowaniem kursu online. Można co najwyżej skupić się na jednej rzeczy, inaczej mózg zaczyna parować.

Mój już się gotuje. 

Nie lubię gotowanego mózgu

Dlatego znalazłam trzy sposoby, które pozwalają mi nie tylko poukładać dzień, ale także pokazują, że nic się nie dzieje. Jestem człowiekiem, nie robotem, który trawi informacje, wyrzucając z siebie po minucie treści, składy, całe opowieści obyczajowe, o które biją się wydawnictwa. Nawet z moim tempem pisania muszę zrobić research, poznać temat, zastanowić się, czy dane wyjście w powieści, a także czy dana licencja dla autorki felietonu jest naprawdę okey. Może się okazać, że przy okazji wszystko przez stres i nerwy zrobiłam źle. 

Dlatego najpierw…

1. Spisuję na kartce wszystkie powody, przez które przestałam być wydajna

Kartka zawsze była moim przyjacielem. Kiedy dzieckowałam i nie znałam się na życiu, na kartkach zapisywałam wszystko to, co mnie gnębiło. Wymyślałam historie, w których zabijam moich wrogów, albo przynajmniej robię im jakąś krzywdę. Spisywałam wszystkie moje niepowodzenia i chyba to pozwoliło mi zrozumieć, gdzie popełniam w swoim dziecięcym mniemaniu błąd. Pisząc na kartce, oczyszczam się z chaosu w mojej głowie. Nie jest to jeszcze wyjątkowy porządek, który następuje po ułożeniu sobie dnia, ale jest to względny ład. Takie powpychanie myśli do odpowiednich szufladek i zamknięcie ich przed światem. 

Teraz spisuję te niepowodzenia za każdym razem, kiedy czuję atak nerwicy, ścisk w żołądku, a ostatnio kołatanie serca. Widzę, że mam problem z deadline’em, że mogę nie zdążyć. Przyspieszam lub, wręcz przeciwnie, zwalniam i piszę, że musimy opóźnić premierę tego, tego i ewentualnie tego. Staram się głównie rezygnować ze swoich rzeczy – to, że danego dnia nie napiszę 10 tysięcy znaków powieści, nie znaczy, że już jej nigdy nie skończę. Kartka mnie rozgrzesza.

2. Szukam sposobu na wytłumaczenie sobie, że nie jestem robotem

Patrz, ledwo widzisz. Mając niedowidzenie, w ogóle nie powinnaś tyle siedzieć przed komputerem! Łupie cię w krzyżu? Drętwieją palce? To, że pomacasz piłeczkę kilka minut na dzień nic nie zmieni! Musisz zacząć odpoczywać. Ciała nie da się naprawić przykręceniem śrubki czy przymocowaniem czegoś na gorący klej. Jak się rozlecisz, to raz – a dobrze. 

Lubię sobie to tłumaczyć. Kiedy ogarnia mnie bezradność, wsłuchuję się w organizm, który najbardziej przeżywa nasze wspólne tragedie, opóźnienia i zagwozdki. On i mój mózg to jedność, której nie da się rozłączyć, nawet jeżeli myślę, że mogę wiele znieść. Owszem, psychikę mam świetną. Ale kiedy ona ci zwariuje, ciało będzie trzeba naprawiać stalą chirurgiczną. Dlatego szukam sobie tłumaczeń, również je zapisuję na kartcę. Wierzę, że nie muszę być idealna. A to już dużo.

3. Uczę się na nowo odkrywać życie, bo życie przestanie odkrywać mnie

To metaforyczne zdanie codziennie przypomina mi o tym, że w każdym wieku trzeba mieć czas dla siebie i na potrzeby, z którymi się nie zgadzamy. Ja na przykład muszę robić przerwy. Dużo przerw, na kropienie oczu, na wstanie i wyprostowanie kręgosłupa, na drzemkę w ciągu dnia. 

Dodatkowo odkrywam, że życie każe mi wychodzić z domu i poza moją strefę komfortu, nawet wtedy, kiedy jest beznadziejnie. Muszę w takich godzinach W chwytać za rękę ludzi, a przecież duża i mała Angela nigdy tego nie robiła. Nie prosiła o pomoc nawet rodziców, w samotności rozwiązując konflikty. Tymczasem w krytycznym momencie pozwalam sobie na tę pomoc, na mentoring, na uśmiech współczucia. Bo wiem, że wymaga ode mnie tego własnie życie. I to jest śliczne. Może trudne, zwłaszcza dla dumnej osoby, ale tylko sytuacje pełne bezradności pokazują nam, kim jesteśmy. Nie tylko porażki, nie tylko złe dni – bezradność wobec świata.